Ford Explorer i Capri zamieniają się w gigantyczny powerbank. Oto jak to działa
Jacek JureckiAutor
Ford postanowił, że Explorer i Capri, a więc pojazdy, które miały wozić was i wasze zakupy z punktu A do punktu B, będą teraz robić coś, czego jeszcze do niedawna nie potrafił żaden porządny samochód w historii motoryzacji: będą ładować wam odkurzacz.

Hyundai zaczął, Ford dołączył
Nazywa się to Pro Power OnBoard, czyli V2L, co w wolnym tłumaczeniu z inżynierskiego na ludzki oznacza mniej więcej: wzięliśmy baterię wielkości garażu, wsadziliśmy ją pod podłogę crossovera i powiedzieliśmy sobie, a co, jeśli ludzie zaczną z niej ładować frytkownice?
Ford oczywiście nie jest tu żadnym pionierem, bo na masową skalę modę na zamianę samochodu w powerbank wprowadził Hyundai, wyposażając w tę funkcję Ioniq 5 w 2021 roku, a zaraz za nim poszła Kia z EV6. Ford po prostu dołączył do tej zabawy z pewnym opóźnieniem, tyle że w wersji dla ludzi, którzy zamiast koreańskiego crossovera wolą coś, co wygląda jak Explorer.
To jest dokładnie ten typ pomysłu, który rodzi się w firmie motoryzacyjnej o trzeciej nad ranem, kiedy ktoś na sali konferencyjnej mówi „a gdyby tak…", a wszyscy inni są zbyt zmęczeni, żeby powiedzieć „nie".
Fot. Ford
Gniazdko w bagażniku i adapter, który pożycza prąd sąsiadowi
Mechanika jest w gruncie rzeczy prosta, co czyni ją jeszcze bardziej podejrzaną. Macie gniazdko w bagażniku, dające 2,3 kilowata, czyli tyle, żeby bez większego trudu zasilić lodówkę turystyczną, ładować rower elektryczny i jednocześnie oglądać serial na laptopie, siedząc w bagażniku nad jeziorem w Finlandii czy Mazurach. Macie też opcjonalny adapter zewnętrzny, który podłączacie do portu ładowania i nagle wasz Ford Explorer staje się długim przedłużaczem.
Elektronarzędzia na budowie? Proszę bardzo. Odkurzacz na kempingu? Jak najbardziej. A jeśli myślicie, że zasilanie z niego drugiego, mniejszego samochodu elektrycznego to mój żart o przyszłości, to spieszę z wyjaśnieniem. To już istnieje i nazywa się V2V, czyli Vehicle-to-Vehicle. Można nim "pożyczyć" prądu koledze, któremu zabrakło zasięgu, najczęściej właśnie przez ten sam adapter co przy V2L. To taki nowoczesny odpowiednik przelewania benzyny z kanistra, tylko bez zapachu i bez ryzyka, że ktoś przy okazji zapali papierosa.
System jest na tyle uprzejmy, że zatrzyma zasilanie, gdy bateria spadnie poniżej 20 procent, żebyście. broń Boże, nie zostali na środku autostrady z rozładowanym autem, bo cała energia poszła na opiekacz do kanapek. To akurat rozsądne, bo inaczej ktoś by na pewno spróbował usmażyć sobie kurczaka w drodze na wesele i zamiast do kościoła dojechałby do warsztatu na lawecie.
Fot. Ford
Nikt tego nie potrzebował, dopóki nie spróbował
Śmieszne w tym wszystkim jest to, że tak prawdopodobnie nikt tego nie potrzebuje. Nikt nie kupuje SUV-a, myśląc: najważniejsze jest dla mnie to, żeby mógł zasilić moją wiertarkę. Ale w tym cała uroda motoryzacji, nikt nie potrzebował poduszki powietrznej w kierownicy, zanim ktoś jej nie wymyślił, a teraz nie wyobrażamy sobie bez niej życia. Może za dziesięć lat będziemy się śmiać z czasów, gdy samochody służyły wyłącznie do jeżdżenia, a nie do ratowania grilla sąsiada w środku przyjęcia, gdy akurat zabraknie prądu w gniazdku ogrodowym.
Fot. Ford
Ten gadżet przestaje być śmieszny, gdy zgaśnie światło
Choć cała ta zabawa w powerbank na kołach brzmi jak rozwiązanie problemu, którego nikt nie zgłaszał, to jest jedna sytuacja, w której nagle przestaje być śmiesznie, a zaczyna być bezcenne: gdy w waszym domu wysiada prąd. Burza, awaria, przeciążona sieć w bloku, i nagle to nie jest gadżet dla hipsterów z ładowarką do laptopa w bagażniku, tylko realny agregat prądotwórczy, tyle że cichszy, czystszy i który przy okazji ma cztery koła i klimatyzację.












